Tobie Ojczyzno - Cichociemni
Przedmowa
Rosnąca w siłę armia podziemna w kraju z biegiem czasu potrzebowała coraz większej
liczby oficerów różnej broni, fachowców różnych specjalności. Już 30
grudnia 1939 r., a następnie 21 stycznia dwaj oficerowie: kpt. inż. Jan Górski
i kpt. Maciej Kalenkiewicz zgłosili projekt w sztabie w Londynie nawiązania
łączności z krajem drogą lotniczą i kierowania tą drogą oficerów -
instruktorów do dyspozycji Armii Krajowej. Projekt ten napotkał szereg trudności
natury organizacyjnej i technicznej.
Dnia 22 lipca 1940 r. powstała w Wielkiej Brytanii tajna organizacja p.n. "SOE" (Special Operations Executive). Miała ona za zadanie przenieść wojnę na
tereny okupowane przez Niemców i nawiązać współpracę z podziemnym Ruchem
Oporu w całej Europie. W ramach SOE powstały sekcje, które były
odpowiednikami okupowanych przez Niemców krajów. W sierpniu 1940 r. powstał
Polski Oddział Specjalny w ramach Oddziału VI Sztabu Naczelnego Wodza. Ze
wszystkich narodowości był on najbardziej niezależny, posiadał własną łączność
z krajem, własne szyfry oraz możność rekrutacji kandydatów do tej niezwykłej
odpowiedzialnej służby, wymagającej znakomitej kondycji fizycznej i
olbrzymiej inteligencji. Do "cichociemnych" (skoczków spadochronowych do zadań specjalnych) wybrano 2413 kandydatów, 605 z nich ukończyło szkolenie specjalne, 316 przerzucono drogą powietrzną do kraju. "Cichociemni" przechodzili bardzo trudne i skomplikowane szkolenia, których zasięg obejmował m.in.: dywersję, partyzantkę, wywiad, łączność, zadania operacyjno-sztabowe, pancerne i przeciwpancerne, służby lotnicze, podrabianie dokumentów itp. Stanowili kadrę wszechstronnie wyszkoloną, która stanowić miała elitę instruktorską i przekazać swą wiedzę i doświadczenie szerokim rzeszom żołnierzy Podziemnego Frontu w kraju.
Było to "towarzystwo małe, ale dobrane". Byli wszędzie. Uczestniczyli niemal we wszystkich poważniejszych akcjach. Byli zaciekle tropieni przez Gestapo i Abwehrę. Jeden z nich kierował Oddziałem II Komendy Głównej AK. W Powstaniu Warszawskim brało udział 91 cichociemnych. W sztabach, w linii, na różnych stanowiskach dowodzenia, w służbie łączności, w produkcji środków walki.
W ramach SOE skakało ponadto 17 Polaków do Albanii, Grecji, Francji, Jugosławii
i północnych Włoch oraz w ramach polskiego zespołu francuskiej sekcji SOE
kilkunastu Polaków do ośrodków polonijnych w północnej Francji.
Pierwszego zrzutu cc do Polski dokonano w nocy z 15/16 lutego 1941 r. z samolotu
Whitley z załogą angielską. Skakali: mjr Stanisław Krzymowski "Kostka",
rtm. Józef Zabielski "Żbik" oraz kurier polityczny Czesław Raczkowski "Orkan",
"Włodek". Była to pierwsza operacja zrzutowa w drugiej wojnie światowej.
Z 316 cc zrzuconych do kraju 109 zginęło za wolność i niepodległość
Polski.
Jako pierwsi cc zginęli na polskiej ziemi 28 grudnia 1941 r. w walce z Niemcami w Brzozowie Starym, nazajutrz po skoku, rtm. Marian Jurecki "Orawa" i por. inż.
arch. Andrzej Świątkowski "Amurat", "Effendi" jako ostatni kpt. Bolesław Kontrym "Żmudzin" oskarżony prowokacyjnie, po wojnie o współpracę z Niemcami i stracony w 1953 r. Zrehabilitowany pośmiertnie.
-9 cichociemnych zginęło śmiercią spadochroniarza w czasie lotu do Polski lub podczas skoku.
-26 zginęło w walce z okupantem.
-27 zamordowało Gestapo.
-8 zostało zamordowanych lub zginęło w obozach koncentracyjnych.
-10 w sytuacji bez wyjścia odebrało sobie życie.
-18 zginęło w Powstaniu Warszawskim.
Na przełomie lat 1941/1942 w rozproszonych po mglistej i górzystej Szkocji obozach szkoleniowych narodził się dumny przydomek, znakomicie oddający charakter działań żołnierskiej elity przygotowywanej do cichego zabijania w mroku nocy. To właśnie słowa niezbędne do opisania warunków, w jakich prowadzili walkę - cisza i ciemność - dały początek dziś charyzmatycznemu mianu - cichociemni. Byli to dość
niezwykli żołnierze - wykonywane zadania powodowały, że nie mogli korzystać
z dobrodziejstw munduru wojskowego, związanych z postanowieniami konwencji
genewskiej o jeńcach wojennych. Często nie mogli też liczyć na awanse i
odznaczenia. W dziejach elitarnych formacji Wojska Polskiego była to jednostka
jedyna w swoim rodzaju i niepowtarzalna, bez zbytecznego wojskowego drylu i
historycznego zadęcia. Posiadała swój znak bojowy.
Znak Cichociemnych - Spadochroniarzy Armii Krajowej. Wzór 5. II. 1954
Fot. "Wojskowa Formacja Specjalna GROM..."
Cichociemni. Nigdy wszyscy żołnierze tej jednostki nie stanęli ramię w ramię na żadnej zbiórce. Nie znali się wzajemnie. Nie mieli barw, tradycji, patrona czy sztandaru. Nie obowiązywała ich typowa hierarchia wojskowa. Życie tego wojskowego bractwa określały daty związane z dziejami polskiego ruchu oporu: noc z 15 na 16
lutego 1941 r., czyli pierwszy zrzut cichociemnych w Polsce, akcje "Wachlarz"
i "Burza", powstanie warszawskie oraz dzień 19 stycznia 1945 r., kiedy
rozwiązano Armię Krajową. Dopiero powstanie jednostki specjalnej GROM stworzyło
szansę na nawiązanie do tradycji żołnierzy-spadochroniarzy Armii Krajowej
przez oddział działający pod sztandarem z imieniem cichociemnych.
Jak doszło do powołania jednostki cichociemnych? Ideę zorganizowania eskadry
łącznikowej i oddziałów desantowych, a więc wspierania działań armii
podziemnej przy wykorzystaniu tak lotnictwa, jak i spadochroniarzy, stworzyli
dwaj młodzi, wykształceni saperzy: kapitan inżynier Jan Górski i kapitan inżynier
Maciej Kalenkiewicz. Obaj po klęsce wrześniowej znaleźli się w grudniu 1939
r. we Francji. Kapitan Kalenkiewicz, zanim dotarł do Francji, przez ponad dziesięć tygodni walczył w oddziale majora Henryka Dobrzańskiego "Hubala",
gdzie pełnił funkcję szefa sztabu i zastępcy dowódcy oddziału.
Niewątpliwie wyciągnął o wnioski z przeżytych walk partyzanckich i
przedzierania się przez granice. Wspólnie ze swoim przyjacielem, kapitanem Górskim,
opracował wiele memoriałów na temat konieczności nawiązania łączności
lotniczej z krajem i stworzenia oddziałów powietrznodesantowych, których
celem byłoby wspieranie przygotowywanego powstania w kraju. Memoriały Plany
wsparcia i osłony powstania w Kraju oraz Użycie lotnictwa dla łączności i transportów wojskowych drogą powietrzną do kraju oraz wsparcia powstania. Stworzenie jednostek powietrznych, opracowane z drobiazgową dokładnością, przedstawiono w Paryżu generałowi Kazimierzowi Sosnkowskiemu, Komendantowi Głównemu Związku Walki Zbrojnej, jeszcze przed upadkiem Francji. W Wielkiej Brytanii Górski i
Kalenkiewicz przedstawili kolejne ciekawe opracowania. Użycie lotnictwa i
wojsk lądowych dla wsparcia powstania w Polsce. Notatka uzupełniająca w związku
ze zmienioną sytuacją polityczną wobec upadku Francji i "Uderzenie powierzchniowe" jako nowa forma walki zaczepnej. Obaj dzielni oficerowie polegli później jako cichociemni w Polsce. Podpułkownik Maciej Kalenkiewicz "Kotwicz" zginął 21 sierpnia 1944 r. pod Surkontami w walce z oddziałami Armii Czerwonej. Major Jan Górski "Chomik"
został zamęczony przez gestapo po aresztowaniu w Krakowie, również w
sierpniu 1944 r. Zgodnie z ideami Górskiego i Kalenkiewicza starania
podejmowało również wyższe dowództwo Polskich Sił Zbrojnych. Przykładem
może być tutaj Rozkaz zorganizowania komunikacji lotniczej z Krajem z
dn. 28 listopada 1939 r. generała Władysława Sikorskiego dla generała
Józefa Zająca, dowódcy lotnictwa.
O łączności lotniczej myślał również generał Michał Tokarzewski-Karaszewicz. Dnia 14 lutego 1939 r. wysłał on Meldunek o
stanie Służby Zwycięstwu Polski, w którym prosił m.in. o przesyłanie
drogą lotniczą z Paryża pomocy finansowej i kurierów dyplomatycznych. Kwestię
nawiązania łączności lotniczej rozpatrywano też podczas konferencji
belgradzkiej. Działano więc dwutorowo starano się utworzyć jednostki
powietrznodesantowe zdolne wesprzeć powstanie w Polsce oraz nawiązać łączność
lotniczą z krajem, aby wspomagać bieżącą działalność państwa
podziemnego. Plany te mogły zostać zrealizowane dopiero w Wielkiej Brytanii.
Stało się to możliwe między innymi dzięki memoriałowi Szefów Sztabu
Imperialnego z dnia 25 maja 1940 r., wystosowana do rządu brytyjskiego, a
dotyczącego planów prowadzenia wojny ekonomicznej i ataków na cele
strategiczne i gospodarcze, oddziaływania na morale i wywoływania powstań w
krajach podbitych przez Niemcy. W odpowiedzi na ten dokument i aby usprawnić
realizację wskazanych w memoriale zadań powołano 19 lipca 1940 r. Special
Operation Executive (SOE), na czele, której stanął dr Hugh Dalton - Minister
Wojny Ekonomicznej. SOE była organem koordynującym i organizującym działania
dywersyjne, nieregularną walkę, sabotaż i zadania specjalne w krajach
okupowanych przez państwa Osi.
Analogiczną tematyką w Sztabie Naczelnego Wodza na uchodźstwie zajmował się
utworzony w czerwcu 1940 r. Samodzielny Wydział Krajowy, stanowiący oficjalnie
oddział VI Sztabu Naczelnego Wodza (NW) (przemianowano go później na Oddział
Specjalny). Oddział VI przede wszystkim organizował i utrzymywał łączność
radiową i kurierską pomiędzy Naczelnym Wodzem a Komendantem Głównym Armii
Krajowej. Wydział ten podlegał bezpośrednio Naczelnemu Wodzowi, a z punktu
widzenia technicznej współpracy z innymi Oddziałami Sztabu NW - Szefowi
Sztabu NW. Wszyscy pracownicy oddziału składali przysięgę na tekst roty
Armii Krajowej.
W obliczu Boga Wszechmogącego i Najświętszej Marii Panny, jako żołnierz powołany do służby specjalnej przysięgam, że powierzonego mi sprzętu, poczty i pieniędzy strzec będę nie tylko jako dobra państwowego, ale i jako środków przeznaczonych dla odzyskania Wolności Ojczyzny, a tajemnicy służby specjalnej dochowam, nawet wobec moich przełożonych i kolegów w konspiracji i nie zdradzę
nikomu, aż do końca wojny.
TAK MI PANIE BOŻE DOPOMÓŻ
|
W strukturze Oddziału VI NW wyodrębniono Referat "S"
(Specjalny), któremu nadano później rangę Wydziału "S". Zajmował się
on przerzutem lotniczym do kraju.
Plany opracowane przez Komendę Główną
(KG) Armii Krajowej i przedłożone Wydziałowi "S" Oddziału VI Sztabu
Naczelnego Wodza musiały być zaaprobowane przez Polską Sekcję SOE, jak i SOE
oraz brytyjskie Ministerstwo Lotnictwa i Spraw Zagranicznych. Dopiero wówczas
przedstawiono je Komitetowi Szefów Sztabu Imperialnego i tym samym uzyskiwano
wsparcie lotnicze.
Nie można zapominać, że skuteczna pomoc lotnicza wymagała sprawnej łączności
radiowej. Udaną komunikację radiową pomiędzy Naczelnym Wodzem w Londynie, a
Komendą Główną w Warszawie nawiązano od 11 sierpnia 1940 r. za pośrednictwem
radiostacji polskiej ambasady w Bukareszcie (do tego celu wykorzystano również
radiostacją ambasady w Budapeszcie). Dopiero jednak w grudniu 1940 r.
zorganizowano bezpośrednią łączność pomiędzy Naczelnym Wodzem a krajem,
do której wykorzystano radiostację "Marta" w Stanmore i radiostację Komendy Głównej w Warszawie. Formalnie polska sieć radiowa była niezależna od ingerencji SOE.
Polacy jako jedni z pierwszych zastosowali placówki odbiorcze przy zrzutach
dywersyjnych i materiałowych. Z naszych doświadczeń korzystali później
pracownicy SOE, organizując tego typu akcja w innych krajach. W okresie
czterech lat zorganizowano w Polsce blisko 700 placówek odbiorczych.
Do kraju byli wysyłani przede wszystkim wyszkoleni żołnierze, niezbędni do
prowadzenia walki dzięki nabytym umiejętnościom w podstawowych wojskowych
rzemiosłach: dywersji, wywiadzie i łączności, oficerowie sztabowi lub wąsko
wyspecjalizowani przyszli pracownicy podziemia: fałszerze, specjaliści od
wywiadu lotniczego lub morskiego. W miarę, jak wykruszała się doświadczona
kadra konspiracyjna, coraz bardziej poszukiwani byli wyszkoleni żołnierze. Z
każdej grupy skoczków spadochronowych wyznaczano przed odlotem emisariuszy i
kurierów wojskowych Sztabu Naczelnego Wodza od Komendy Głównej AK. Przeważnie
byli nimi dowódcy ekip spadochronowych.
Drugą grupę stanowili żołnierze, mający odegrać istotną rolę w
przygotowaniach do planowanego powstania powszechnego i odtwarzania sił
zbrojnych w kraju. Byli to lotnicy, sztabowi oficerowie łączności, dowódcy
oddziałów, wśród tych ostatnich zwłaszcza oficerowie broni pancernej i
przeciwpancernej, najczęściej dodatkowo szkoleni z zakresu dywersji.
Razem z cichociemnymi odlatywali do Polski kurierzy i emisariusze rządu, wysyłani
przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych do Delegatury Rządu na Kraj.
Pierwszego przerzutu lotniczego ekipy cichociemnych i zaopatrzenia do Polski
dokonano w nocy z 15 na 16 lutego 1941 r. Była to operacja (nosząca kryptonim "Adolphus") eksperymentalna; po raz pierwszy przerzucano wtedy skoczków spadochronowych z Wysp Brytyjskich na okupowany kontyngent europejski. Skoczyło wówczas 2 cichociemnych (major Stanisław Krzymowski "Kostka", rotmistrz Józef
Zabielski "Żbik") i jeden kurier MSW (bombardier Czesław Raczkowski
"Orkan").
Operacje lotnicze wznowiono w listopadzie tego samego roku i trwały one do początku
kwietnia 1942 r. Wykonano w tym czasie 9 lotów, podczas których zrzucono 49
cichociemnych i 8 kurierów MSW. Następny sezon zrzutów pod kryptonimem "Intonacja"
rozpoczęto 1 września 1942 r. i trwał on do końca kwietnia 1943 r. W trakcie
28 lotów do kraju wysłano 106 cichociemnych, 9 kurierów MSW oraz 1 Węgra.
Kolejny sezon operacyjny, nazwany "Ripostą" - wtedy to łącznie 36
samolotów przerzuciło do Polski 133 cichociemnych i 10 kurierów MSW - trwał
od końca września 1943 r. do końca lipca 1944 r. Ostatni okres zrzutów pod
kryptonimem "Odwet" rozpoczął się 1 sierpnia 1944 r. loty zawieszono 29 grudnia tegoż roku. Ponieważ w znacznej mierze skoncentrowano się wtedy na pomocy powstaniu warszawskiemu, to jedynie podczas 7 operacji lotniczych zrzucono 32 cichociemnych, 3 kurierów oraz oraz 4-osobową wojskową misję brytyjską.
W sumie do okupowanej Polski wysłano 316 cichociemnych, 29 kurierów MSW, 1 Węgra
i 4 Brytyjczyków. Trzech skoczków zginęło śmiercią spadochroniarza,
a sześciu - w trakcie przelotu do kraju. Prócz nich na terytorium Francji, Włoch,
Jugosławii, Albanii i Grecji zrzucono łącznie 46 polskich spadochroniarzy.
Początkowo loty do Polski prowadziła 1419. Eskadra do Zadań Specjalnych sformowana 20 sierpnia 1949 r. Później obowiązki te przejął 138. Dywizjon
do Zadań Specjalnych, operujący z lotniska w Newmarket. W jego skład weszła
polska Eskadra C (sformowana z załóg rozwiązanego 301. Dywizjonu Bombowego Ziemi Pomorskiej). Dnia 4 listopada 1943 r. polska eskadra została
wyłączona ze składu 138. Dywizjonu i jako 1585. Eskadrę do Zadań Specjalnych przyporządkowano ją 334. Skrzydłu do Zadań Specjalnych. Początkowo
eskadra stacjonowała na lotnisku Sidi Amor w Tunisie, a od 22 grudnia w
Brindisi we Włoszech.
|

Ośrodek szkolenia cichociemnych w Largo House
(Szkocja), tzw. małpi gaj. Na zdjęciu - ćwiczenia na trasie przeszkód.
Fot. "Wojskowa Formacja Specjalna GROM..."
|
Różnorodność zadań, które mieli wypełniać cichociemni w Polsce, powodowała,
że nie wszyscy mogli być szkoleni w ten sam sposób. Inne umiejętności musi
posiąść telegrafista, inne dywersant, oficer sztabowy czy agent wywiadu.
Jednak dwa kursy były obowiązkowe dla cichociemnych wszystkich specjalności
kierowanych do Armii Krajowej - kurs spadochronowy i kurs odprawowy (zapoznający i przygotowujący do życia w okupowanym kraju). Niezależnie od rodzaju kursu, na wszystkich ograniczono do minimum teorię na rzecz zajęć praktycznych, ciężkiego treningu fizycznego,
użycia broni osobistej i obsługi sprzętu zmotoryzowanego. Próbowano także
wyrobić samodzielność wśród żołnierzy przechodzących kurs. Starano się wykształcić cechy izolowania się od normalnego, przedwojennego środowiska przy jednoczesnej umiejętności pracy w niewielkich zespołach konspiracyjnych, przyswoić jak najwięcej
aktualnych informacji o sytuacji w kraju. Program szkolenia obejmował cztery grupy kursów: zasadnicze, specjalnościowe, uzupełniające oraz praktyki. Wyczerpujące ćwiczenia fizyczne, wielokilometrowe marsze, posługiwanie się
wszelkiego typu bronią: polską, angielską, i zdobyczną niemiecką. Dużo
czasu poświęcano na dynamiczne strzelanie do pojawiających się tarcz na
specjalnych torach przeszkód i wewnątrz obiektów. Równolegle prowadzono zajęcia
z minerki, topografii, techniki szyfrowania i podstaw dywersji. Poznawano też,
w oparciu o materiały nadesłane z Kraju, sytuację w okupowanej GG; struktury
administracji cywilnej, Wehrmachtu, SS i policji niemieckiej. Rodzaje używanych
dokumentów, a nawet okupacyjną modę... Cichociemny po wylądowaniu w Kraju
musiał umieć błyskawicznie "wtopić się w tłum", nie mógł niczym się wyróżniać i nic nie powinno go zaskoczyć. Na ostatnim kursie "odprawowym" cichociemni przyswajali swoje nowe życiorysy. Było pięć kursów zasadniczych, które kolejno przechodzili skoczkowie przygotowywani na dywersantów: zaprawowy, badań psychotechnicznych,
spadochronowy, walki konspiracyjnej i odprawowy.
Szkolenie cichociemnych odbywało się w polskich i brytyjskich ośrodkach
szkoleniowych.
Oddział specjalny, który jesienią 1940 r. nawiązał bliską współpracę z
SOE, prowadził szkolenie dywersyjne w ośrodkach brytyjskich -
Specjalnych Szkołach Treningowych (Special Training School) -
STS. Zarządzali nimi Brytyjczycy, jednak instruktorami na kursach dla
cichociemnych przeważnie byli polscy oficerowie. W STS No 43 w Audley End,
gdzie od połowy 1942 r. prowadzono kursy walki konspiracyjnej i kursy
odprawowe, kadra instruktorów składała się wyłącznie z Polaków. Na przełomie
1943 r. i 1944 r. szkolenie radiotelegrafistów i dywersantów w dużym stopniu przejęła
polska Baza nr 10 - utworzona przez Oddział Specjalny w Ostuni we Włoszech.
Za szkolenie skoczków - ochotników odpowiedzialny był pułkownik Józef Sławek
Hartman.
|

Zbudowana przez Polaków pierwsza wieża spadochronowa w Wielkiej
Brytanii.
Fot. "Wojskowa Formacja Specjalna GROM..."
|
Wielu cichociemnych wpisało się na trwałe do polskiej historii wojskowości. Choć
na wymienienie zasługują wszyscy, to ze względu na ograniczone ramy tej
publikacji można
niewielu wyróżnić. Major Jan Piwnik "Ponury" -
jeden z pierwszych skoczków i legendarny partyzant Gór Świętokrzyskich. Zginął
w natarciu na umocniony punkt niemiecki koło wsi Jewłasze w Nowogródzkiem 16
czerwca 1944 r. Podpułkownik dr Alfred Paczkowski "Wania" - m.in. dowódca
III Odcinka "Wachlarza" (akcji dywersyjnej skierowanej głównie przeciwko
liniom komunikacyjnym Wehrmachtu walczącego w ZSRR) i szef Kedywu na Obszar Białystok,
zatopił monitor rzeczny na Kanale Królewskim. Zmarł w 1983 r. Kapitan Stefan
Ignaszak "Robert", "Nordyk" - przy jego współudziale polska grupa
wywiadowcza dostarczyła Aliantom plany bazy w Peenemünde, w której prowadzono
doświadczenia z nowymi rodzajami broni. kapitan Bohdan Piątkowski "Mak",
"Dżul" - zastępca dowódcy IV Odcinka "Wachlarza". Kapitan Adam
Boryczka "Tońko" - zdobywał sławę jako uczestnik walk oddziałów Okręgu
AK Wilno. Po wojnie emisariusz organizacji "Wolność i Niepodległość",
do 1954 r. odbył 6 wypraw z Londynu do Polski. Aresztowany przez UB. Pułkownik
Kazimierz Iranek-Osmecki, m.in. "Antoni", "Heller", "Jarecki" -
Szef Oddziału II Sztabu KG AK. I wreszcie komendant Armii Krajowej, generał
Leopold Okulicki "Kobra", "Niedźwiadek", "Termit". Zmarł w więzieniu
w Moskwie w 1946 r. Cichociemni obsadzili jedenaście stanowisk szefów Kedywu
lub ich zastępców w poszczególnych okręgach AK.
|

Legendarny polski cichociemny partyzant - por. mjr Jan Piwnik, ps. "Ponury".
Fot. "Wojskowa Formacja Specjalna GROM..."
|
Cichociemnym był też kapitan (później podpułkownik) Adam Borys "Pług", "Dyrektor" (zrzucony do kraju w nocy z 1 na 2 października 1942 r.) - dowódca
oddziału znanego pod kryptonimem "Parasol". Historia tego elitarnego oddziału
AK, którego trzon stanowiły Grupy Szturmowe Szarych Szeregów, sięga 1943 r.
Wówczas dowódca Kedywu Emil Fieldorf "Nil" utworzył kompanię do zadań
specjalnych. Otrzymała ona kryptonim "Agat" (antygestapo), zmieniony w
styczniu 1944 r na "Pegaz" (przeciw gestapo). W czerwcu 1944 r. została
przekształcona w batalion, który w przyszłości miał się stać jednostką
spadochronowo-dywersyjną. Stąd też i jego nowy kryptonim - "Parasol".
Żołnierze kompani, a potem batalionu specjalizowali się głównie w akcjach bezpośrednich wymierzonych przeciwko szczególnie groźnym funkcjonariuszom gestapo. Przykładami takich działań był udany zamach na Franza Kutscherę (dowódca SS i policji na dystrykt warszawski) w dniu 1 lutego 1944 r. lub, niestety, nieudana akcja
przeciw generałowi Wilhelmowi Koppe (dowódca SS i policji na teren Generalnej
Guberni) z 11 lipca 1944 r. Podczas powstania warszawskiego żołnierze
batalionu "Parasol" walczyli na Woli, Starym Mieście, Czerniakowie i
Mokotowie. Żołnierze walczyli jako zwarty pododdział, przechodząc kanałami
do różnych dzielnic Warszawy. Wielu z nich poległo. Podjęcie decyzji o
przerzucie do kraju nie było łatwe. Zdarzały się wypadki odmowy: wielu ludzi
nie czuło się na siłach sprostać stawianym wymaganiom. Inni domagali się w
zamian awansu bądź specjalnych korzyści materialnych. Takie osoby oczywiście,
od razu skreślano z listy kandydatów. Swą zgodę na przerzut do Polski wyraziło
w sumie 2413 ochotników (w tym 15 kobiet). Z tej liczby 24% sprostało
stawianym wymaganiom, a ostatecznie 12% został zrzuconych do kraju. W okresie
między chwilą zgłoszenia się chętnego a odlotem do Polski wiele osób
odpadało. Przyczyny były rozmaite. Niektórzy wycofywali się w trakcie
szkolenia, przekonawszy się, że wymagania ich przerastają. Inni - wyniku
nieszczęśliwych wypadków w czasie skoków ćwiczebnych. Oprócz niewystarczającej
kondycji fizycznej poważną przeszkodę stanowiły także trudne do przezwyciężenia
opory psychiczne. Zdarzało się, że kandydat rezygnował dosłownie w
ostatniej chwili, już na stacji wyczekiwania, na krótko przed wejściem na pokład
samolotu. Odchodzili także z ekip spadochronowych także żołnierze, którzy
przeżyli już pierwszy nieudany przelot do Polski i nie chcieli ryzykować
nowej próby. Uwzględniano każdą przyczynę rezygnacji -zarówno psychiczną,
jak i psychiczną. Do kraju mogli wyruszać ludzie tylko zdecydowani na wszystko.
Ci, którzy wzięli udział w zrzutach, udowodnili, że przeszkody natury
duchowej czy fizycznej nie były w stanie przekreślić raz powziętego zamiaru.
101cichociemnych poległo w okupowanym kraju, 8 zaś zginęło po wojnie z rąk
UB. Decyzja o wzięciu udziału w locie desantowym i skoku do kraju była
dobrowolna. Wedle słów byłego cichociemnego, podporucznika Bronisława
Czepczka-Góreckiego: "Tak wielkie poświęcenie dla ojczyzny było możliwe tylko dzięki starannemu i patriotycznemu wychowaniu, w duchu tradycyjnych wartości, które cichociemni odebrali w domach rodzinnych". Wojenne przygody cichociemnych mogłyby posłużyć za scenariusz niejednego filmu wojennego, o wiele lepszego niż "Komandosi z Navarony" czy serialu
"Korpus". Oto kilka przykładów. W nocy z 27 na 28 grudnia 1941 r. skoczył
do Polski Maciej Kalenkiewicz "Kotwicz", Alfred Paczkowski "Wania" oraz dwaj inni kurierzy. Po wylądowaniu spadochroniarze zostali zatrzymani przez żandarmów.
Niemcy nie rewidowali zatrzymanych, prowadzili, broń trzymali w pogotowiu, pies
szedł krótko na smyczy. Skoczkowie ochłonęli ze zdumienia wywołanego
spotkaniem. Byli już w środku budynku. W izbie choinka. Stanęli pod ścianą,
z podniesionymi rękami. "Wania" był pierwszy z brzegu. Żołnierz podszedł
do niego od tyłu z zamiarem przeprowadzenia rewizji, dotknął skoczka. Dłońmi
złożonymi jak do modlitwy otrzymał cios w szyję. Zatoczył się. Nie było
na co czekać. Na strzelnicy broń wyciągało się zza paska spodni, po wylądowaniu
przełożyli pistolety z kieszeni kombinezonu do kieszeni płaszczy, a może i
wcisnęli za pasek na brzuchu. Ryzykowna decyzja podjęta zapewne intuicyjnie
jako, być może, najlepsze wyjście z sytuacji: mimo przewagi dać się
zaprowadzić z otwartego pola do budynku, gdzie mogło być wielu Niemców,
teraz się opłaca. Odwracali zagrożenie: mieli za sobą i zaskoczenie
przeciwnika, i własną szybkość, i dobrą szkołę strzelecką. "Wania"
pierwszy oddał dwa strzały. Odległość, powiadał, tak mała, że strumień
powietrza z przebitych płuc uczułem na twarzy. [...] Któryś wskoczył do sąsiedniego
pokoju. [...] Pobladły żołnierz za biurkiem.[...] Niemiec nie zdążył sięgnąć
po broń. [...] Wybiegli z budynku, na ganku przed gmachem wartownik cisnąwszy
karabin o deski zaczął uciekać. Ktoś chwycił jego broń, przykląkł i
strzelił. [...]
Nocą z dnia 10 na 11 kwietnia 1942 r. kapitan Alfred Paczkowski przymocował
minę do burty niemieckiego monitora rzecznego na Kanale Królewskim, pomiędzy
Antopolem, a Horodcem.
Rosły mężczyzna z odbezpieczonym visem w garści, odziany tylko w koszulę i
marynarkę, zanurzył się po pachwiny w lodowatą wodę kanału. To samo uczynił
drugi, również goły od bioder e dół, niosący w worku minę konspiracyjnej
produkcji. Nad ich głowami lufa pistoletu maszynowego trzeciego uczestnika
akcji, który leżał na koronie wału, omiatała ledwie widoczny przy
przeciwległym brzegu monitor rzeczny. Wkrótce dotarli do niego brodzący. Właściciel
visa, wyjąwszy magazynek, oskrobał nim z wodorostów wybrane miejsca podwodnej
części kadłuba, by magnesy miny przylgnęły do gładkiej powierzchni. Złapały!
Ruszyli do odwrotu, przewidując - jak zapewniał pirotechnik - detonację
za piętnaście minut. Tymczasem huknęło, błysnęło w ciemności i przyłożyło
im po plecach gorącym podmuchem już po dwóch minutach. Oszołomieni, odwrócili
się. W burcie monitora dymił poszarpany otwór o średnicy półtora
metra.
Jakiś czas później "Wania" wraz z innymi cichociemnymi - Marianem
Czarneckim, pseudonim "Ryś", i Piotrem Downarem "Azor" - znalazł się
w więzieniu w Pińsku. Komendant Główny AK Stefan Rowecki "Grot", powziął
decyzję o odbiciu więźniów. Na dowódcę tej akcji wyznaczono Jana Piwnika
"Ponurego". W skład grupy wyznaczonej do wykonania tego zadania weszli
jeszcze trzej inni cichociemni: Jan Rogowski "Czarka" - zastępca dowódcy
grupy, Wacław Kopisto "Kra" oraz Michał Fijałka "Kawa". Akcja została
przeprowadzona 17 stycznia 1943 r. W tym czasie ja z patrolem trzecim, po
opuszczeniu meliny około godziny 16.40, doszliśmy do więzienia również od
strony budynku administracyjnego. Tam sforsowaliśmy parkan z takim wyliczeniem,
aby punktualnie o godzinie 17 zaleźć się przy tym budynku, po czym
rozdzieliliśmy się na dwie grupy. "Czarka" i "Dzik" weszli do
pomieszczeń kancelaryjnych z zadaniem sterroryzowania
osób pozostających tam po godzinach pracy. Natomiast ja z "Jastrzębiem"
zostaliśmy na zewnątrz. "Jastrząb" zerwał przewód telefoniczny
przygotowanym bosakiem, ja zaś ze stenem stanąłem na ubezpieczeniu,
oczekując wezwania klaksonem do zaatakowania strażnika przy bramie. Ponieważ
podstęp otwarcia bramy udał się, a w pomieszczeniach biurowych "Czarka"
nikogo nie zastał, więc cały nasz patrol włączył się do akcji przy
drugiej bramie, do której dojechała czwórka "Donata". I tutaj wybieg się
udał, gdyż na polecenie "SS-a" wartownik otworzył furtkę wejściową.
Natychmiast też został obezwładniony, a wartownicy odpoczywający w wartowni
zaskoczeni i sterroryzowani. Równolegle z naszą grupą patrol "Kawy" za
pomocą drabiny sforsował parkan. Po dojściu do części mieszkalnej budynku
"Dym" pozostał na zewnątrz ubezpieczając, "Kawa" zaś z stenem oraz
"Ryks" i "Kmicic" z koltami wpadli do pomieszczeń. Zastawszy tam Niemców,
"Kawa" rozkazał im podnieść ręce do góry i oddać klucze. Zelner, udając,
że idzie po nie, nagle odwrócił się, pchnął silnie "Ryksa" na
"Kawę" i strzelił, raniąc "Ryksa" w rękę. Zanim zdążył powtórnie
strzelić "Kawa" położył go serią ze stena. Hellinger, wykorzystując
zamieszanie, uciekł do drugiego pokoju, gdzie zastrzelił go "Kmicic". Po
unieszkodliwieniu Niemców, patrol "Kawy" zaatakował więzienie przez wieżę
obserwacyjną, spuszczając się po niej na linie, i sforsował trzecią bramę
wewnętrzną. Atak ten zbiegł się z czasem otwarcia drugiej bramy przez patrol
"Donata" i z naszym współdziałaniem. W ten sposób, dzięki dobremu współdziałaniu
wszystkich patroli, opanowaliśmy więzienie w ciągu niespełna dziesięciu
minut. Spośród pięćdziesięciu czterech więźniów, przebywających wówczas
w więzieniu na oddziale męskim, zwolniliśmy ponad czterdziestu, w tym "Wanię", "Rysia" i "Azora" oraz kilku partyzantów radzieckich. Oddziału kobiecego nie udało się otworzyć z powodu
nieobecności strażniczki z kluczami. Naszych trzech uwolnionych dywersantów
wsadziliśmy do opla, który natychmiast odjechał. Następnie, aby zmylić
przeciwnika, jeden ze współuczestników akcji oznajmił więźniom po
rosyjsku, że dzięki rosyjskim partyzantom są wolni i mają po nas uciekać z
więzienia. Po czym, po zamknięciu strażników w celach i zabraniu kluczy,
nasz grupa uderzeniowa zaczęła się wycofywać ku bramie głównej. Tam
"Wrona" i "Płomień" trzymali pod lufami leżących na śniegu sterroryzowanych wartowników, którzy przyszli na nocną zmianę. Tymczasem
natychmiast po wyjeździe opla z bramy podjechali pod nią "Motor" i
"Pakunek", swoim fordem i opuścili burtę. Szybko wśród różnych gapiów,
w tym również paru zdezorientowanych żołnierzy Wehrmachtu, wsiedliśmy do
samochodu i odjechaliśmy spod więzienia w kierunku na Brześć.
W styczniu 1995 r. na wspólne zimowe ćwiczenia, obejmujące również skoki
spadochronowe, żołnierzy GROM-u i 22. Special Air Service został
zaproszony były żołnierz Armii Krajowej - Cichociemny Bronisław
Czepczak-Górecki. Wówczas to dowódca GROM-u, pułkownik Sławomir Petelicki,
wystąpił z inicjatywą nadania jednostce imienia cichociemnych. Dowództwo
jednostki wystosowało w tej sprawie pismo do Zespołu Historycznego
Cichociemnych, skąd otrzymano odpowiedź pozytywną. Zgodnie z decyzją
ministra obrony narodowej nr 119/MON z 4 sierpnia 1995 r., podjętą w
porozumieniu z ministrem spraw wewnętrznych, specjalna jednostka wojskowa GROM
otrzymała zaszczytne imię Cichociemnych Spadochroniarzy Armii Krajowej, została
też zobowiązana do kontynuowania ich dumnej tradycji. W programie
telewizyjnym, emitowanym przez telewizję publiczną, Bronisław Czepczak-Górecki
tak skomentował tę decyzję: "Nie widzieliśmy innej formacji, która
odpowiadałaby naszym marzeniom, dążeniom do przekazania imienia i tradycji
cichociemnych."
|

Poczta KPN (Konfederacji Polski Niepodkegłej) wydała serię znaczków poświęconą cichociemnym.
Fot. Archiwum Sebastiana Miernika |
Rok później, dnia 1 października 1996 r., miała miejsce
ceremonia wręczenia sztandaru jednostce GROM. Po raz pierwszy ta uroczystość
odbyła się w Pałacu Prezydenckim, gdzie dowódca GROM-u, pułkownik Marian
Sowiński, otrzymał sztandar z rąk prezydenta Rzeczypospolitej, Aleksandra Kwaśniewskiego.
Szczególnymi i bardzo ważnymi uczestnikami byli cichociemni spadochroniarze
Armii Krajowej, których zaszczytne imię otrzymał GROM.
"Wybór GROM-u wydaje się być sprawą oczywistą. To jedyna i najbardziej odpowiednia jednostka, której chcielibyśmy powierzyć kultywowanie naszych tradycji - powiedział jeden z nich. - Chociaż zmieniły się realia, pojawiły się nowego typu zadania, wiele rzeczy łączy cichociemnych i żołnierzy GROM-u. Bardzo ostra selekcja, wysokie wymagania podczas specjalnego szkolenia oraz przede wszystkim sposób działania: pojawienie się znienacka, wykonywanie najtrudniejszych zadań... i ciche znikanie po akcji".
Na uroczystości, poza przedstawicielami Kancelarii Prezydenta RP, resortów
obrony narodowej i spraw wewnętrznych, ambasadorami Stanów Zjednoczonych i
Wielkiej Brytanii, obecny był patronujący powstaniu jednostki, "ojciec
chrzestny" GROM-u, podówczas już były minister spraw wewnętrznych -
senator Krzysztof Kozłowski, oprócz niego główny twórca i jej pierwszy dowódca
jednostki, w tym czasie w stopniu pułkownika, Sławomir Petelicki.
Na terenie Jednostki Wojskowej (JW) 2305 znajduje się izba pamięci poświęcona
cichociemnym, do której skoczkowie Armii Krajowej przekazali swoje osobiste
pamiątki. Jej twórcą jest cichociemny ppłk Stefan Bałuk "Starba", obecnie przewodniczący Zespołu Historycznego CICHOCIEMNYCH Spadochroniarzy Armii Krajowej.
|

Cichociemni i przedstawiciele GROM-u zgromadzeni przed przed pomnikiem cichociemnych i spadochroniarzy na cmantarzu Powązkowskim w Warszawie.
Fot. Krzysztof Miernik/Archiwum Sebastiana Miernika
|
Cichociemni żegnają i witają żołnierzy GROM-u wyjeżdżających i powracających z misji zagranicznych. Tak było np. z wyjazdem do Afganistanu i Iraku, uczestniczą także we wszystkich uroczystościach GROM-u, a poczet sztandarowy jednostki, obecny jest na wszystkich uroczystościach cichociemnych. Poczet sztandarowy GROM-u obecny jest podczas obchodów rocznicy pierwszego zrzut cichociemnych do kraju w dniu 16 maja. Termin ten kilka lat temu został przesunięty z 16 lutego, z powodów troski o zdrowie żyjących jeszcze cichociemnych. Obecni są wtedy cichociemni, ich rodziny...
Przyjeżdżając do Warszawy z głębi kraju lub zza granicy, zawsze
mogli liczyć na przyjęcie i gościnę w jednostce. Dowództwo GROM-u starało się pomagać cichociemnym w załatwianiu
ich spraw socjalnych. Jednym słowem, mogli zawsze liczyć na wsparcie i pomoc.
Żołnierze jednostki korzystają z wojennych doświadczeń
cichociemnych, o czym mówił chociażby płk Polko.
Uczymy się m.in. na doświadczeniach cichociemnych. Jeden z nich wpadł w okupowanej Polsce. Trącony w tramwaju powiedział "sorry". Wielu zgubił wojskowy dryl. To dla mnie kolejny dowód, że w jednostce specjalnej trzeba z tego zrezygnować. Doświadczenia cichociemnych wskazujące, jak trudno było im działać skrycie w okupowanej Polsce pokazują nam, ile wysiłku trzeba włożyć w profesjonalne i wielostronne zabezpieczenie realizacji zadania w nieprzyjaznym środowisku - tłumaczy płk Polko.
|

Fragment głównej sali stacji odprawowej w Audley End.
Na mapie Polski widnieje napis "Wywalcz jej wolność lub zgiń".
Fot. "Wojskowa Formacja Specjalna GROM..."
|
Składam serdeczne podziękowania dla cichociemnego ppłk w st. spocz. Stefana Bałuka "Starby" - przewodniczącego Zespołu Historycznego CICHOCIEMNYCH Spadochroniarzy Armii Krajowej za przesłanie tekstu "Przedmowy" oraz podarowanie egzemplarza książki Jędrzeja Tucholskiego "Cichociemni".
Wykorzystano rozdział "Tobie Ojczyzno - Cichociemni" książki - Huberta Królikowskiego, Wojskowa Formacja Specjalna GROM im. Cichociemnych Spadochroniarzy Armii Krajowej 1990-2000, Gdańsk 2001.
Informacje zawarte także na podstawie wywiadu i korespondencji z cichociemnym podpułkownikiem Stefanem Bałukiem "Starbą"
Od niedawna w sprzedaży dostępna jest nowa książka poświęcona cichociemnym - "Baza 43. Cichociemni". Ukazała się nakładem Wydawnoctwa Wołoszański.
|

Okładka książki Baza 43. Cichociemni.
Fot. Wydawnictwo Wołoszański
Oto krótki fragment książki:
"Przed wyruszeniem do akcji w Polsce musieli przejść mordercze przeszkolenie. Cichociemni, bohaterscy komandosi, specjalnie przygotowani do podjęcia walki w okupowanym kraju. Trenowano ich w Audley End w Essen, pięknej wiejskiej posiadłości, którą władze brytyjskie oddały polskim instruktorom i polskim komandosom. Ta książka opowiada nie tylko o tym jak urządzano wiejski dwór, jak werbowano ochotników do śmiertelnie niebezpiecznych misji, jak ich przygotowywano do skoku, walki i współdziałania z Armią Krajową. To również piękna opowieść o ludzkich słabościach, sile, bohaterstwie i poczuciu obowiązku wobec ojczyzny."
Więcej o cichociemnych można znaleźć na następujących stronach:

oraz
http://wilk.wpk.p.lodz.pl/~whatfor/cichociemni
oraz w książkach:
P. Bystrzycki, "Znak cichociemnych", Warszawa 1985.
"Drogi cichociemnych", Warszawa 1993.
J.Tucholski, "Cichociemni", Warszawa 1984.
J. Szatsznajder, "Cichociemni. Z Polski do Polski", Wrocław 1985.
|